Do zdarzenia doszło pod koniec maja. Pani Małgorzata, jej partner oraz ich sześcioletni syn Filip wybrali się w niedzielne popołudnie na wycieczkę w góry. Wyjechali kolejką na Szyndzielnię i jednym z najpopularniejszym beskidzkich szlaków ruszyli w stronę Klimczoka. Na drodze spotkali wiele rodzin z dziećmi, ale co chwilę wyprzedzali ich też lawirujący między pieszymi rowerzyści.

Nikt nie ostrzegał o niebezpieczeństwie

– Tylko dzięki temu, że mieli numery startowe, domyśliliśmy się, że to jakiś wyścig. Nikt nas o tym nie poinformował – ani gdy kupowaliśmy bilet na kolejkę, ani przy wyjściu z górnej stacji – mówi pani Małgorzata. Dwa razy minęli ludzi w kamizelkach odblaskowych, którzy wyglądali na porządkowych, ale żaden z nich nie mówił nic na temat rowerzystów. Drzewa obwiązane były żółtymi taśmami, ale były to raczej wskazówki dla kolarzy, którędy mają jechać, w żaden sposób nie zagradzały drogi pieszym, nie ostrzegały przed niczym.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej