Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

W samo południe w Wielki Piątek wyrusza sprzed skoczowskiej remizy prowadzony przez dwóch halabardników. Na rynku przystaje i kłania się ratuszowi. Potem idzie w stronę plebanii, gdzie też przystaje i kłania się proboszczowi. Za nieszczęśnikiem biegną dzieci. Jako że Judosz to zdrajca, wytykają go palcami, przedrzeźniają, pogardzają nim. Wreszcie wraca do remizy.

W Wielką Sobotę w południe Judosz jeszcze raz przechodzi tą samą trasą. Tym razem marny jego koniec - pod remizą zostaje spalony. Oczywiście symbolicznie. Ludziom żal kunsztownego stroju, więc palą tylko garść słomy.

 Chodzenie z Judoszem, zwyczaj znany kiedyś na całym Śląsku, pozostał jedynie w Skoczowie. Ma kilkusetletnią tradycję. Po latach zapomnienia przywróciło ją w 1981 r. Towarzystwo Miłośników Skoczowa i podtrzymuje do dziś, razem z Ochotniczą Strażą Pożarną. Kiedyś tłum hałasował, bił i kopał Judosza. Dziś nie jest dla niego tak okrutny.

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.