Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Książki Olgi Tokarczuk znikają z księgarń, trudno o nie także w bibliotekach, bo wszyscy chcą je czytać.

»Karp walczy; kto by pomyślał, że zostało mu jeszcze tyle siły. Mężczyźnie udaje się wyjąć go z wody, ale on wyrywa się i spada na podłogę. Teraz leży tam i łypie okiem na człowieka.« - to także Tokarczuk, w opowiadaniu »Gość« napisanym kilka lat temu specjalnie dla Klubu Gaja na użytek kampanii »Jeszcze żywy karp«.

Warto je przeczytać, bo może wtedy uświadomimy sobie absurd kupowania żywego karpia. Opowiadanie to historia ludzi, którzy kupili żywego karpia, a potem nikt nie potrafi go zabić. Sprawę załatwia dopiero sąsiad, który przychodzi z odsieczą z młotkiem i nożem i dobija nieszczęsną rybę. Może opowiadanie noblistki skłoni nas do refleksji?

Barbarzyński przeżytek

Karp pływający w wannie to czasy PRL, kiedy do zakładów pracy przywożono żywe karpie na kilkanaście dni przed świętami. Nie wszyscy mieli lodówki z zamrażalnikami, jedyną szansą na to, by jeść w Wigilię świeżą rybę, było dotrzymanie jej do świąt żywej. Dzisiaj, kiedy w każdym sklepie możemy kupić filety z karpia to jest jakiś barbarzyński przeżytek. Chcąc zrobić śledzie w śmietanie czy smażonego dorsza nie kupujemy żywych ryb, dlaczego więc nadal niektórzy z nas upierają się przy tym, by kupować żywego karpie?

Trudno to zrozumieć. Przecież nawet z praktycznych powodów lepiej kupić filety niż żywą rybę, którą trzeba zabić i oprawić, a potem jeszcze miejsce mordu posprzątać. Jeśli już ktoś koniecznie chce mieć całą rybę, bo wierzy np. w to, że łuska karpia wsadzona do portfela zagwarantuje mu dobrobyt, może pojechać do hodowli, kupić rybę i poprosić o zabicie jej na miejscu.

Można zrezygnować z męczenia ryb

Ekologom z Klubu Gaja nie chodzi o to, by zakazać ludziom spożywania karpi i w ogóle mięsa. Oni zwracają tylko uwagę na to, że jeśli już jemy mięso, to oszczędzajmy zwierzętom dodatkowym cierpień. Karpie maltretowane są zarówno w czasie transportu, jak i potem czekając na kupców stłoczone w niewielkich basenach.

Świadomość społeczna jest na szczęście coraz większa, wiele sieci handlowych wycofało się w tym roku ze sprzedaży żywych karpi, na naszych ulicach sprzedawców też jest jakby mniej niż w minionych latach. Mam nadzieje, że przyjdzie taki moment, gdy w ogóle nikomu nie przyjdzie do głowy, by kupować żywego karpia. To jest coś, z czego każdy może i powinien zrezygnować, drobny ukłon w stronę zwierząt, które tak bardzo cierpią z powodu naszych różnych fanaberii.

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.