Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Talent zauważył u niego Włodzimierz Smolarek. Właśnie on polecił młodziutkiego Janotę w Rotterdamie. To zobowiązuje. – Tak było. Pan Smolarek zwrócił na mnie uwagę na jednym z meczów młodzieżowej reprezentacji Polski. Dostałem zaproszenie na pierwsze testy, później na kolejne, aż w końcu podpisałem z klubem umowę. Wtedy rzeczywiście wyróżniałem się na tle kolegów i fajnie, że przydarzyła się okazja wyjazdu na zachód. W tym samym czasie co ja zagranicę wyjeżdżali też Grzegorz Krychowiak i Wojciech Szczęsny – wspomina Michał Janota.

Przeszkodziły zmiany trenerów

16-letni chłopak nie miał problemów z aklimatyzacją w nowym otoczeniu. Cieszył się, że będzie miał szansę uczyć się od najlepszych. – Była przepaść pomiędzy systemem szkolenia w Polsce i w Holandii. Mimo, że nigdy nie byłem typem „grzecznego chłopca”, nie sprawiałem nikomu większych problemów – wspomina z uśmiechem. – W Holandii do każdego zawodnika podchodzono indywidualnie, przy każdej drużynie było kilku trenerów. Mogłem się wiele nauczyć i uważam, że czas w Rotterdamie bardzo wiele mi dał – twierdzi Janota.

Po dwóch latach gry w młodzieżowych drużynach Feyenoordu, został przeniesiony do drużyny seniorów. W rundzie jesiennej sezonu 2008/09 zagrał 6 spotkań. – Młody wtedy byłem i cieszyłem się z każdej minuty spędzonej na boisku, ale wydaje mi się, że dużo więcej nauczyłem się wówczas na treningach. Było kogo podpatrywać – mówi Janota. Potem nie było już tak kolorowo. – Zmienił się trener i zostałem przesunięty do drużyny rezerw, ale ten okres też był dobry. A kiedy w pierwszej drużynie znowu doszło do roszady na stanowisku trenera i został nim Leo Beenhakker, wróciłem do pierwszego zespołu – wspomina.

Potem grał jeszcze w dwóch holenderskich klubach (Excelsior Rotterdam oraz Go Ahead Eagles, w tym ostatnim klubie występował już regularnie w wyjściowej jedenastce). W 2011 roku zdecydował się jednak na powrót do ekstraklasy. Wybrał Koronę Kielce. – Chciałem pokazać się w naszej lidze. Liczyłem, że mój powrót odbije się jakimś większym echem, ale wszystko potoczyło się troszeczkę inaczej – mówi Janota.

Zawirowania

Kiedy przychodził do Korony, trenerem kieleckiej drużyny był Leszek Ojrzyński. – Wiązałem z nim spore nadzieje. Ale Michał po przyjeździe z Holandii miał takie problemy, których młody piłkarz, wracający w dodatku z zachodu, mieć nie powinien, tzn. nadwagę i kłopoty z motoryką. To świadczyło, że potrzebował jeszcze najzwyczajniej w świecie dojrzeć do poważnego grania – ocenia Leszek Ojrzyński.

Janota odnalazł jednak zaufanie trenera. W trzech sezonach w Kielcach, zagrał w 80 spotkaniach i strzelił 7 goli. Z klubu nikt go nie wyrzucał, ale Janota zdecydował się na kolejny krok w swojej karierze – transfer do Pogoni Szczecin. – Oferta była bardzo korzystna i miałem nadzieję, że w Szczecinie będę mógł się rozwinąć. Dostałem zielone światło na transfer z Korony i chciałem spróbować swoich sił gdzie indziej – mówi Janota.

Po raz kolejny jednak na przeszkodzie regularnym występom stanęły zmiany w klubie. – Praktycznie od razu zwolniono wtedy trenera Jana Kociana, zmienił się również prezes. Nieszczęśliwym zbiegiem przypadków, po pół roku znowu zmieniałem klub. Pech – żałuje piłkarz.

Następnym przystankiem na jego karierze jest Zabrze. Kolejną szansę daje mu Leszek Ojrzyński. – Liczyłem, że udowodni swoją wyższość, bo w Pogoni mu się nie udało. Ściągałem go, żeby pokazał, że potrafi. Wiemy jednak jak to się skończyło – mówi Ojrzyński. Przygoda Janoty w Zabrzu potoczyła się zupełnie inaczej niż planowano, jej kluczowym momentem był bowiem domowy mecz... Piasta Gliwice z Koroną Kielce. Janota wspólnie z Korzymem i Wojciechem Trochimem [ówczesnym piłkarzem GKS-u Katowice], wybrali się na to spotkanie ekstraklasy jako kibice Korony i usiedli na trybunie gości. W dodatku na stadion weszli idąc za tłumem kibiców z Kielc, którzy na obiekcie pojawili się nie zachowując wymaganych procedur. – Zrobiliśmy to nieświadomie i proszę mi uwierzyć, że nie było w tym naszej winy. Powtórzę co mówiłem wtedy: zrobiono z nas chuliganów i bandytów – uważa Janota. – Byłem na nich zły, nie ma co ukrywać. Miałem do nich zastrzeżenia, bo była to pewna niezręczność – tak bym to podsumował. Mieli do dyspozycji normalną trybunę, nie musieli wybierać tego sektora, gdzie zasiadali szalikowcy Korony – mówi Ojrzyński. Ostatecznie, Janota został przesunięty do rezerw Górnika i sezon dokończył grając głównie w III lidze.

– Miałem zaufanie Ojrzyńskiego, kiedy sprowadzał mnie do Górnika. Ściągnął mnie do swojego drugiego klubu. Ale ja nigdy nie byłem jego „synem”. Był nim raczej Maciek Korzym – uśmiecha się Janota, który prywatnie z Korzymem ciągle ma bardzo dobry kontakt. – Nie mogę narzekać na trenera Ojrzyńskiego, bo go bardzo szanuję i lubię. Ale faktem jest, że w Górniku dostałem od niego niewiele szans – mówi Janota.

Czas na stabilizację formy

Teraz jest piłkarzem Podbeskidzia. Debiut zaliczył w 5 kolejce I ligi, kiedy Podbeskidzie przegrało pod Klimczokiem z Chojniczanką Chojnice 0:1. Janota liczy, że w Podbeskidziu będzie mógł się odbudować. – Nie mogę narzekać na klub, bo czuje się tutaj dobrze, a Bielsko-Biała to bardzo fajne miasto. Sztab szkoleniowy wie do czego zmierza. Na boisku szło nam na razie, nie ma co się oszukiwać, słabo, ale ostatnio wygraliśmy mecz u siebie i mam nadzieję, że teraz wszystko pójdzie w dobrym kierunku. Jestem w takim wieku, że teraz muszę ustabilizować formę i starać się pchać wyżej – kończy 26-latek.

– Michał ma papiery na granie i myślę, że teraz będzie już na tyle dojrzały, aby to wykorzystać. W końcu, kiedy jest się ojcem, zmienia się trochę podejście do świata – uśmiecha się Leszek Ojrzyński i z sympatią zapewnia, że Janocie życzy jak najlepiej.

Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych,
lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.